Poniedziałek, 18 grudnia 2017. Imieniny Bogusława, Gracjana, Laury

Podziel się:

Podziel się:

Prawdziwe oblicze kolarstwa

Kolarstwo wbrew pozorom nie jest łatwym sportem, gdyż wymaga siły zarówno fizycznej, jak i psychicznej. Przekonałem się o tym na własnej skórze, biorąc udział w wyścigu 2 lipca 2017 br. Dzięki wcześniejszym dwuletnim treningom z wielkim wysiłkiem udało mi się dojechać do mety.

Jeszcze 3 godz. przed startem mój rower oraz sprzęt całego naszego klubu zostały porządnie sprawdzone przez naszych trenerów. To naprawdę ważne! Przykładowo: zbyt mocne dokręcenie hamulca może spowodować starcie się klocków i tym samym większe prawdopodobieństwo kolizji, pomijając oczywiście trudność w przyśpieszaniu, gdyż hamulec będzie uporczywie starał się zatrzymać koło.

Na początku ruszały „maluchy”, czyli dzieci do 7 lat, potem od 8 do 10 lat, a my - młodzicy. Na linii startu byli nawet przedstawiciele obwodu Kaliningradzkiego. W takich wyścigach nie liczą się i mięśnie, i technika. Jakimś cudem udało mi się przecisnąć pomiędzy częścią zawodników. Jednakże moja euforia minęła, kiedy zorientowałem się, że wyścig nabiera tępa. Peleton najlepszych kolarzy wysunął się na prowadzenie. Nie chcąc stracić pozycji, byłem zmuszony do przyspieszenia do 40km\h, co na dłuższy dystans robi się bardzo meczące. Męczyłem się, jadąc „solo”, ale udało mi się dogonić dwóch zawodników. Poczułem ulgę, wykorzystując tunel aerodynamiczny mojego przeciwnika, bo dotąd powietrze stawiało opór. Starałem się, aby moi konkurenci mnie nie zobaczyli i nawet mi to wychodziło, dopóki jakiś Rosjanin nie postanowił się do nas przyłączyć i zniweczył cały mój misterny plan, wypychając mnie na początek naszego małego peletonu.

Najbardziej motywujące jest, gdy przejeżdżasz przez metę i twoja drużyna, trenerzy i inni przypadkowi kibice zagrzewają cię do boju. Czujesz, że wraca część utraconych podczas tych zmagań sił. Dla takich chwil warto jechać dalej, nawet kiedy jesteś u kresu swoich możliwości.

Ostatnie okrążenie było najtrudniejsze, zwłaszcza kiedy liderzy postanowili zaatakować, przez co byłem zdezorientowany. Jednakże po chwili wyrwałem za nimi. Zostało już ostatnie 200 m. Słyszałem trenerów krzyczących:
- Franek! Dawaj!! Dawaj!!!
- Uda ci się, ciśniesz! – dopingowali mnie klubowi kompani.

Zebrałem w sobie ostatki siły i teraz na liczniku zamiast 47 pojawiło się 53 km/h, rywal zaczął tracić siły, a ja zdobyłem się na wysiłek. Ok. 10 m do mety moje koło nieznacznie zaczęło się wysuwać ku przodowi. Ostatnie metry… Nie minęła nawet sekunda, gdy usłyszałem
- Hurrrrra!!! Hurrra!!! – to krzyczał mój zespół.

Nie docierały do mnie gratulacje trenera, resztkami sił zwlokłem się z roweru i padłem na trawnik. Byłem tak zmęczony, że nie mogłem nawet podnieść głowy, aby przyjrzeć się rozpromienionym twarzom kibiców.
- Jesteś pierwszy z klubu! – kontynuował trener – Masz siedemnaste miejsce!

Czułem ogromne zmęczenie połączone z wielką euforią towarzyszącą końcowi wyścigu. Żaden trening ani prośby nie przybliżyły mnie do kolarstwa tak bardzo, jak ten wyścig. To dzięki niemu oprócz kondycji fizycznej zyskałem pewność siebie i chęć dążenia do celu. Cieszę się, że było mi dane poznać ten szlachetny, ale wymagający sport.
Franciszek Obidziński, VIIc, SP311
Artykuł został umieszczony przez naszego użytkownika na jego profilu: informer
Oceń artykuł:

(0)