środa, 23 maja 2018. Imieniny Leoncjusza, Michała, Renaty

Tutaj jest moja ojczyzna, moja Warmia!

2013-11-25 10:00:00 (ost. akt: 2013-11-25 09:25:43)

Brat Weroniki Dąbrowskiej z Barczewa zaginął w styczniu 1945 roku. Podczas wielkiej ucieczki mieszkańców Prus Wschodnich przed zbliżającą się Armią Czerwoną. Odnalazła go 36 lat po wojnie. W Niemczech.

Siedzimy wśród książek. Trochę niemieckiej klasyki, trochę polskiej. Na stole stoi wiejska zagroda okolona płotem. Ze studzienką i krzyżem. Pani Weronika wyjaśnia, że to dzieło jednego z mieszkańców Barczewa, który skleił je z zapałek.
Śmieje się, kiedy chcę ją sprawdzić ze znajomości gwary warmińskiej. Mówi, że osłuchała się z nią w rodzinnym domu. W gwarze warmińskiej rozmawiała jej uma, babcia. Ona sama chodziła do szkoły niemieckiej, więc władała tym językiem.
— Jonki? — pytam, zerknąwszy do "Elementarza gwary warmińskiej" Izabeli Lewandowskiej i Edwarda Cyfusa.
— Porzeczki. Jonkowo jest od jonków — wyjaśnia.
— Kucha z jebłkami?
— Jabłecznik.
— Zonenblumy?
— Słoneczniki.
— Świanty łobrozik?
— Święty obrazek!

Tak było w Wartemborku

Urodziła się w ówczesnym Wartemborku, dzisiejszym Barczewie. — W pechowym roku, 1933, bo to wtedy doszedł do władzy Hitler, który potem tyle na świat nieszczęścia sprowadził — mówi pani Weronika. — Miałam siedmioro rodzeństwa.
Ojciec, Aleksander Steffen z Dobrąga, był budowlańcem. Matka Róża zajmowała się domem. Potrafiła dobrze gotować, piec ciasta. Do dzisiaj wspomina smak jej jabłeczników.

Z przedwojennego dzieciństwa pamięta łosiery, warmińskie pielgrzymki z gromnicami, które szły w różnych intencjach. Wędrowały na odpusty św. Anny i św. Antoniego do Barczewa z okolicznych wiosek: Mokin, Łęgajn, Barczewka... Pamięta, jak z tej ostatniej wsi kiedyś rolnicy przyszli boso. Dorośli chodzili na pielgrzymki do Gietrzwałdu. Wspomina też Boże Narodzenie, kiedy po domach chodził kolędnik przebrany za Szemla, czyli białego konia, w towarzystwie Sług. A byli nimi kominiarz, baba, która miała kosz na datki, a także kominiarz, żyd i niedźwiedź. Wśród innych kolędników byli też Rogale.

— A skoro już mowa o Żydach, to mieli oni w Barczewie sklepy i zakłady usługowe — wspomina pani Weronika. — Kiedy już zaczęły się ich prześladowania, pojawiali się tam tajniacy, którzy robili klientom zdjęcia, a potem wywieszali w widocznych miejscach, że ten i ten towar u Żyda kupuje. Mama niezbyt się tego bała.

W Barczewie zachowała się do dzisiaj wybudowana w 1894 roku synagoga. Dziś jest w niej galeria sztuki. Ocalała w czasie pogromów tylko dlatego, że w 1937 roku została odkupiona przez pewną kobietę niemieckiego pochodzenia od gminy żydowskiej, która chciała w ten sposób ocalić swoją świątynię. I wkrótce nowa właścicielka założyła tam szwalnię.
— Ciekawe, że cmentarz żydowski w Barczewie za Niemca ocalał, a został zniwelowany dopiero po wojnie — dodaje pani Weronika. — Dzisiaj w tym miejscu znajduje się pamiątkowy obelisk.

Wojenne losy


W kwietniu 1939 roku 6-letnia Weronika poszła do pierwszej klasy. Szkoła mieściła się przy obecnej ul. Wojska Polskiego. I jest tam do dziś. — Dorośli z kręgu naszej rodziny i znajomi mówili coś o groźbie wojny, ale mieli nadzieję, że do niej nie dojdzie — wspomina pani Weronika. — Kiedy wybuchła, byli przerażeni. Widziałam, jak dorośli stali na rynku i cicho rozmawiali. Ale kiedy chcieli kupić żywność, sprzedaż wstrzymano w obawie o masowy wykup towarów. A tych potrzebowało wojsko. To chyba wtedy wprowadzono system kartkowy.

Mimo wszystko trudów mieszkańcy wojny specjalnie nie odczuli. Dopiero z czasem do rodzin, które miały kogoś w wojsku, zaczęły przychodzić żałobne wieści. Że taki a taki zginął za ojczyznę...

— Tato był jednak optymistą, wierzył, że wojna się skończy. Chciał nawet kupić działkę, żebyśmy się na niej pobudowali — opowiada. — Jak się potem okazało, nic z tego nie wyszło.

Bo potem był Stalingrad, a potem styczeń 1945 roku, kiedy do Barczewa zbliżył się front. 21 stycznia Olsztyn był już zajęty, ale Wartembork jeszcze nie. Walki toczyły się jednak niedaleko. W okolicznych wsiach, jak w Jedzbarku, żołnierze wroga robili wśród ludności cywilnej pogromy. Pod wpływem tych wieści w Barczewie zarządzono ewakuację. Kazano im udać się na dworzec kolejowy. Czekali na pociąg do Czerwonki. Pociąg jednak tam nie dotarł, bo stację zajęli Rosjanie, więc przyjechał z powrotem. Wybrali się więc dalej sami. W końcu załadowano ich do wojskowego autobusu. Po drodze ostrzelał ich radziecki samolot, cudem uniknęli śmierci. Dojechali tak do Braniewa, a potem do Zalewu Wiślanego. — Dostaliśmy się z ciotką na sanki zaprzęgnięte w konie i ruszyliśmy. Na wodzie zbudowano tymczasowy most dla uciekinierów — wspomina pani Weronika. — Jedziemy po tym lodzie, aż tu sowieckie samoloty jak nie zaczną nas bombardować! Widziałam, jak załamywał się lód, jak tonęły samochody i furmanki. Krzyk ludzi i kwik koni... Te odgłosy brzmią mi w uszach do dzisiaj!

Otoczyli ich Rosjanie


Podczas ucieczki rozproszyli się. To wtedy zaginął jej młodszy brat Johannes. — Nie wiemy, jak to się stało, chyba się odłączył — zastanawia się. — Jak mi po latach opowiadał, ktoś widząc błąkające się dziecko, wziął go do swojego samochodu. A potem znaleziono go w rowie.

Po kilku zmianach miejsc pobytu wreszcie dotarli do Stutthofu, dokąd Rosjanie jeszcze nie doszli. Tam rozdano im skąpą żywność, kazano zająć stojące tam baraki i czekać, co się wydarzy dalej.

— Baraki nie były ogrzewane, mróz wciskał się w każdą szparę. Nie widzieliśmy, że był to do niedawna obóz koncentracyjny. My, zwykli ludzie, nie wiedzieliśmy w ogóle o żadnych takich obozach! — mówi.

W końcu otoczyli ich Rosjanie, mogli wrócić do domu. Po drodze zostali okradzeni przez tych, którzy pojawili się przy uciekinierach — przez szabrowników.

W Barczewie panowały już nowe porządki. Tutaj Weronika skończyła ostatnią klasę polskiej szkoły podstawowej. Wciąż brakowało wieści od brata. Żeby pomóc matce, zatrudniła się do pasania krów. Miała niezły zarobek. No i mleko. Z czasem zatrudniła się w tkalni.

— Wyszłam za mąż, urodziłam czworo dzieci — mówi z dumą. — Aż któregoś dnia nadeszła wieść z Niemiec, że mój zaginiony podczas ucieczki brat żyje. Wreszcie go zobaczyłam, dorosłego, po 36 latach rozłąki! — Do oczu Weroniki Dąbrowskiej napływają łzy. — Mieszka tam nadal, podobnie jak moje dwie siostry i troje z moich czworga dzieci.
Pytam, czy nie korciło jej, żeby także wyjechać do Niemiec? — Panie, tu jest moja ojczyzna, moja Warmia! — odpowiada pani Weronika.

wu-ka


Polub nas na Facebooku:

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Zobacz także

Komentarze (4) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Polen #1253780 | 81.190.*.* 26 lis 2013 07:55

    przykry los, ale Niemcy sami go sobie zgotowali.

    Ocena komentarza: warty uwagi (1) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. Rauss... #1253727 | 87.205.*.* 26 lis 2013 01:03

    Nie ma dobrych Niemców, sami sobie zgotowali ten los, że brat brata mordował.

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-1) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  3. Sąsiad #1253529 | 83.28.*.* 25 lis 2013 19:32

    Werka jest ok:)

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  4. Anisa #1253286 | 83.18.*.* 25 lis 2013 13:55

    Tak takich ludzi jest coraz mniej, bardzo szanuję Warmiaków i podziwiam za ich wytrwałość.

    Ocena komentarza: warty uwagi (5) ! - + odpowiedz na ten komentarz

Zagraj w GRY.wm.pl

  • Goodgame Empire
  • Goodgame Big Farm
  • Goodgame Poker
  • Shadow Kings - The Dark Ages